ZUZA
O Zuzie mogłabym napisać książkę. Byłby to thriller, dramat
obyczajowy i komedia romantyczna w jednym.
Był kwiecień 2005 r., kiedy zadzwoniła do mnie koleżanka z
propozycją udania się na Pitbull Show. Zawsze lubiłam tę rasę, więc pojechałam,
jednak chciałam wtedy mieć rottweilera. Uwielbiam molosy, ich spokojny
charakter i masę. Było więc oczywiste, że w naszym domu pojawi się coś
dokładnie odwrotnego. Tak też się stało. Na pokazie pojawił się chłopak z małym
krokodylem w ramionach. Zapiszczałam z zachwytu! Schyliłam się, żeby zacieśnić
więzi i zostałam ugryziona w nos. Czy dało mi to do myślenia? Zupełnie nie
dało. Przedsiębiorcza koleżanka, od razu zapytała chłopaka, czy szczeniak jest
do sprzedania. Był. Kupiliśmy bestyjkę za 300 zł. W końcu amstaff po
championie!
Najpierw zaczęliśmy wymyślać krokodylowi imię. Doszliśmy do
wniosku, że musi być przyjazne, bo wystarczy że groźnie wygląda. Pierwsza
propozycja padła z ust kolegi „Trawa! Nazwijmy ją trawa! Trawa jest zielona i
przyjazna.”. Po zignorowaniu nurtu botanicznego, przeszliśmy do imion
człowieczych. I krokodyl został Zuzą.
Jako szczeniaczek zaczęła spokojnie. Poza wyciąganiem
sznurówek z butów, nie było problemów. Nawet nie załatwiała się w domu, co
napełniało nas szczerą dumą. Duma nas napełniała do momentu, kiedy K. odsunął
szafkę telewizyjną i naszym oczom ukazały się dziesiątki małych kupek, w
różnych stadiach wyschnięcia. Nie, nie śmierdziały.
Zuza rosła a skala zniszczeń rosła razem z nią. Rozpierała
ją energia. Kiedyś miała zostać u moich rodziców a oni znając jej możliwości,
postanowili ją zmęczyć i poszli na wielokilometrowy spacer. Wrócili do domu i
padli zmęczeni. Zuza nie padła, Zuza natychmiast wskoczyła na stół i nie
zatrzymywała się do późnej nocy. Z kolei innego razu, mojemu Tacie wypadło coś
z balkonu i musiał na chwilę zejść to zabrać. Z oczywistych powodów nie chciał
wziąć ze sobą psa. Pies nalegał, Tato ignorował. I co? I zjadła Ojcu okulary.
Ogólnie, Zuza jadła WSZYSTKO i w każdej ilości. Telefony, piloty, ściany, buty
i meble. Miała apetyt smoka. Kiedyś kupiłam jej piękne wiaderko na karmę. Było
różowe, szczelnie zamykane i mieściło 15 kg żarcia. Zupełnie spokojna o
bezpieczeństwo karmy i karmionej, udałam się do pracy. Kiedy wróciłam, zastałam
połamane, w 1/3 puste wiaderko i mojego, leżącego brzuchem do góry psa. Bez
ruchu, łapy sztywno w górze. Pies zrobił „iii”. Jezu, pomyślałam, trzeba z nią
wyjść! Chwyciłam ją na ręce i poleciałam na dwór. Postawiłam psa na trawniku.
Pies padł na plecy z łapami wyciągniętymi w górę i zrobił „iii”. Zuza, wstawaj!
"iii". Wyglądała, jakby połknęła piłkę. Ale załatwić się nie chciała.
Może strawi, pomyślałam naiwnie. Zaniosłam ją do domu, posprzątałam resztki
wiaderka i tyle. Do wieczora pies leżał. Rano obudził mnie dziwny odgłos. Jakby
szorowania? Wyszłam z sypialni. Odgłos dochodził najwyraźniej z dużego pokoju.
Otworzyłam drzwi do niego i zobaczyłam K. ze ścierką na twarzy, siedzącego w
kucki i szorującego ściany gąbką do mycia naczyń. Były zasrane do wysokości
kolan. Wszędzie. Kiedyś znowuż, wracałam do domu i na klatce schodowej
ujrzałam, jak mój pies wystawia głowę przez wielką dziurę w drzwiach
wejściowych, przeżuwając resztki okleiny z tychże. Była też zabawa w wyrywanie
kątowników ze ścian. Zjadła zagłówek od nowego łóżka. Nad legowiskiem wygryzła
dziurę w ścianie. Wyrwała drzwi od łazienki. Bywały takie dni, że siadałam
zapłakana po środku pobojowiska i zastanawiałam się, co ja narobiłam biorąc
tego psa. W końcu doszliśmy do wniosku, że tu nie ma co remontować, trzeba się
wyprowadzić. W nowym mieszkaniu schemat zaczął się powtarzać, tylko nauczeni
doświadczeniem, nie mieliśmy już kątowników a drzwi wejściowe były blaszane.
Zuza zupełnie się nie chciała nas słuchać. Postanowiliśmy
pójść z nią na szkolenie. Wybraliśmy najlepszą szkołę, bez kolczatek i
wrzasków. Pozytywne bodźcowanie. Pierwszego dnia przyjechaliśmy o czasie,
otworzyliśmy furtkę na plac i spuściliśmy Zuzę ze smyczy. Krokodyl ruszył
pełnym galopem, przeleciał cały plac i wyrżnął głową w ławkę, rozcinając sobie
łuk brwiowy. Na placu zrobiło się cicho. Nawet inne psy patrzyły na nas
skonsternowane. Jednak dalsza część szkolenia przebiegała już w miarę
spokojnie. Zuza szybko się uczyła. To bardzo mądry pies. Opanowała chodzenie
przy nodze i wiele sztuczek. Bilans przedsięwzięcia był na plusie.
Teraz będzie o anielskiej stronie psa Zuzy. Kiedy moja ciąża
okazała się zagrożona i musiałam leżeć w domu, była moim wiernym towarzyszem.
Moją ostoją. Ona broniła mnie a ja jej. Był u nas fachowiec, który remontował
pokój dla dziecka. Robiłam sobie śniadanie i zapomniałam schować ser pleśniowy
do lodówki. Efekt jest wiadomy- Zuza zjadła go ze smakiem, kiedy tylko wyszłam
z kuchni. Ser owy był ekskluzywnym i ulubionym mojego partnera. K. wrócił do
domu, zajrzał do lodówki i zakrzyknął:
- Gdzie mój ser pleśniowy?!
- Yyyyyy…majster zjadł? Wiesz, powiedziałam, żeby się
częstował, kiedy zgłodnieje i widocznie tak zrobił.
- Ale zjadł cały ser?! Nie mógł zjeść wędliny?!
- No widzisz, jaki smakosz. Przecież nie będziemy mu żałować
sera…
Z tego miejsca, chciałabym przeprosić mojego Ukochanego, bo
właśnie dowiedział się prawdy o serze. I majstra też przepraszam, wyższa
konieczność, musiałam. Jak to pisze moja koleżanka Ola, takim człowiekiem
jestem.
Obawiałam się co będzie, kiedy na świecie pojawi się
dziecko, ale Zuza stała się świętą cierpliwością. Raczej unikała Małej,
pozwalała na wszystko, ustępowała i pilnowała. Sytuacja powtórzyła się przy
mojej drugiej ciąży (z wyjątkiem sera). Wiecie, jakie było pierwsze słowo
mojego Synka? Susa. Kiedy tylko traciłam go z oczy, raczkował na legowisko psa
i spali tam w najlepsze. Tulił ją, wsiadał na grzbiet, bawili się razem.
Trzeba dodać, że Zuza jest psem zupełnie pozbawionym
agresji. Trzydziestokilowy amstaff, który jest totalną ciapą. Kładzie się
brzuchem do góry przed jamnikiem. Każdy gość w domu, to przyjaciel. Jej
największym dramatem zawsze było to, że ludzie bali się jej a ona tak bardzo
chciała się z nimi bawić. Inna sprawa, że wyczuwała kto nie lubi psów i nie
odstępowała takiej osoby na krok. Tak już ma. Mój największy zachwyt wywołała
przyjmując kolejne koty. Wydra stała się najlepszą koleżanką, Horacy kocha Zuzę
nad życie. Floki jest ostrożny, ale już się nie boi, co jest nie lada
osiągnięciem, zważając na jego przeszłość. Tylko Lupka od czasów chomiczych
pluje na Zuzę i próbuje atakować. Nie daje się przekonać. Ostatnio nawet
skaleczyła Zuzkę w nos, polała się krew a staruszka tylko stała i płakała.
Nawet nie warknęła.
Teraz jest mi ciężko. Widzę, jak Zuza powoli odchodzi. Bolą
ją stawy, ciągnie za sobą jedną nogę, nie panuje nad zwieraczami. Jest
siwiutka, głucha i prawie ślepa. Cierpi na demencję. Serce mi pęka, kiedy
czasami patrzę w jej mądre oczy i widzę, że ona nie wie gdzie jest. Ale to moja
przyjaciółka. Byliśmy rodziną, kiedy była zdrowa, jesteśmy nią nadal. Sprzątamy
po niej, podajemy lekarstwa, pierzemy kolejne legowiska i pomagamy odnaleźć
drogę do domu.
Zuza jest moim ostatnim psem. Ona nawet kiedy odejdzie, to
zawsze będzie. Jestem tego pewna.
Komentarze
Prześlij komentarz